„La Vie de Jesus“, czyli pierwszy pełnometrażowy film ex-nauczyciela filozofii to dzieło zapowiadające późniejsze tematy Dumonta: bezsens, nuda, bezsilność, desperacja i inne.
Przede wszystkim rzuca się oczy „wyczucie krajobrazu“, co wynika najprawdopodobniej z lokalizacji zdjęć w dobrze znanych reżyserowi okolicach. Z precyzją malarza bawi się planami, wyczekuje, eksploruje przestrzeń w głąb. Miasteczko bohaterów to czerwono-ceglane kamienieczki rozciągające się wzdłuż klaustrofobicznej i nudnej ulicy, gdzie spotykają się bohaterowie i przesiadują mieszkańcy. Jest to portret nudnego miasta, jak nudne życie jest bohaterów.
Nuda Freddy’ego i jego ‚paczki‘ jest permanetna. Mają kilka dionizyjskich wydarzeń, specjalnych które i tak nie wyrywają ich z nudy. Cywilizacja dociera do nich drogą telewizyjną, wiadomością o zmarłym na AIDS znajomym. Jednak prawdziwym świętem i wyrwaniem się codzienności jest inność Araba, który pojawia się pewnego dnia z matką.
Dumont jest mistrzem portretu. Z precyzją psychologicznego rysopisu ukazuje bezsens i brak nadziei bohaterów. Nawet jeżeli zbliżają się do światełka, szybko tracą kontrolę nad „drogą“. Niewiele mają obszaru do eksplorowania. Zajmują się rytualną nudą.
Nie jest to typowe kino eskapistyczne ze smutną i przegraną młodzieżą z prowincji w tle. Długie zdjęcia z niewiele zmieniającym się pejzażem potęgują wszechobecną nudę świata Freddy’ego. Na uwage zasługuje przede wszystkim praca aktorów. Obserwując bohaterów i sposób ich prowadzenia przez Dumonta naprawdę trzeba sobie zadać pytanie o nową jakość autentyczności w kinie i co jest tą autentycznością. Co jest prawdziwe, bliskie i ‚realistyczne‘, a co dalekie, magiczne, wręcz mistyczne.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz